#166. każdego dnia nowy początek.
czwartek, 8 maja 2008
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Orkiestra zawsze gra do końca. Choć mój osobisty koniec, z tego co wiem, jest jeszcze daleki, to moje Mylogowe życie jest już u kresu. Nieustanne przerwy techniczne i inne konserwacje serwerów wykończyły mnie. Nie lubię czekania, jestem z natury niecierpliwym młodzieńcem. Dlatego też właśnie czytacie (najprawdopodobniej) ostatnią Mikołajową notkę w tym miejscu.

Kto zapłacze, ten zapłacze, choć płakanie nad tym rozlanym mlekiem jest zupełnie bezpodstawne. A to wszystko dlatego, że o ile uciekam z Myloga, tak od blogowania jako takiego nie bardzo.

Nowe miejsce na swoje słowa chciałem założyć w wieku dwudziestu lat, kiedy to najprawdopodobniej zacznę swoje dorosłe życie, to niemalże pewne. Już pewne rozmowy i decyzje zostały podjęte. Jednakże wyżej wymienione awarie, wypadki i przypadki wzięły górę i pchnęły mnie do przyspieszenia przeprowadzki na inny portal oferujący pisanie sieciowego pamiętnika/dziennika.

Mikolaj.mylog.pl zostaje, ale w niedalekiej przyszłości przeniosę wszystkie notki na normalny adres internetowy, jakieś prv czy glt, bądź też inne. Obiecuję. Natomiast od chwili obecnej, już zupełnie oficjalnie szukajcie mnie na:

nikołajewicz.wordpress.com.

Pierwsza notka na Wordpressie jest już od dłuższego czasu na swoim miejscu. Jestem pełen nadziei, że nie odpuścicie sobie dalszego śledzenia moich losów. Bo mimo iż wszystkie swoje bLoGasQi pisałem (i wciąż piszę) wyłącznie dla siebie, to Wasze zdanie i Wasza obecność jest tak jakby... Istotna. Zachęcam do czytania i komentowania losów Nikołajewicza.

z poważaniem & łif lof
Mikołaj

komentarze [9]

**********

#165. jeszcze jedno imię, przez krótką chwilę.
niedziela, 13 kwietnia 2008
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Opowiem Wam historię opartą na faktach autentycznych. Był sobie chłopiec. Miał czternaście lat... Wyjechał na wakacje do rodziny, gdzie przebywał niemalże miesiąc. W między czasie na jego telefonie pojawił się nieznany numer... To była strzałka od nieznanego numeru. Chłopiec myślał, że to pomyłka, jednak jakie było jego zdziwienie, gdy sytuacja powtórzyła się po raz drugi, trzeci, czwarty... Napisał: "kim jesteś?". Uzyskał niejasną odpowiedź. I tak to się zaczęło...
Zapisał sobie numer pod nazwą "Ktoś", i z ów Ktosiem korespondował drogą smsów. Okazało się, że pod nieznanym numerem ukrywa się dziewczyna o blond włosach, która miała do naszego bohatera jakiś interes. Nigdy nie chciała powiedzieć, od kogo czy też skąd wzięła numer telefonu chłopca, bo - jak uznała - "wtedy zagadka by się rozwiązała". On z kolei dowiadywał się coraz więcej rzeczy, jednak zawsze to było nic w porównaniu do wiedzy, jaką posiadała ta tajemnicza rozmówczyni... Miesiące upływały, aż kontakt się urwał, a obie strony zapomniały o tej dziwnej znajomości.
Całkiem niedawno przypomniałem sobie o pannie NN. Pomyślałem sobie, czy teraz dałoby się rozwiązać największą zagadkę mojego okresu dojrzewania. Ze starej karty SIM wziąłem jej numer i napisałem: "Czy pod tym numerem kryje się pewna dziewczyna, z którą pisałem jakieś cztery lata temu?". Odpowiedź brzmiała: "Owszem". Generalnie nie była chyba zadowolona, że znów zaczyna się ta gierka.
Chłopiec napisał:
- Jak dawno temu widziałaś mnie ostatni raz?
Po jakiejś godzinie otrzymał odpowiedź.
- Dobre pytanie, chyba nigdy...

komentarze [13]

**********

#164. ona anioł, a on trochę wrak.
niedziela, 6 kwietnia 2008
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Rano, 7 kwietnia 2006 napisałem tu takie słowa: "Wielki, piękny, fajny rozdział mojego życia jest zakończony. Zaczynam nowy. Czy lepszy? Oby...". I co mogę powiedzieć dziś? Dziś mogę powiedzieć, że ten nowy rozdział był najfajniejszym w moim krótkim życiu. Tyle się zmieniło, świat zawirował także mi. Zdobyłem mnóstwo rzeczy, chyba z każdej dziedziny życia. Bagaż doświadczeń.
Dziś 6 kwietnia. Muszę przyznać, że od trzech miesięcy jeszcze się do końca nie wyleczyłem. Ten mój cały detoks diabli wzięli, nie można tak od razu odstawić nałogu. Lepiej wpierw dozować go z umiarem, a na samym końcu rzucić ostatecznie. I ja właśnie tak robię. Choć rzucać do końca chyba nie chcę. Nawet jak łazimy po tych wszystkich sklepach, gdzie wśród setek ciuchów nic nie możesz znaleźć, nawet wtedy jest takie miłe uczucie. Fajnie mi jest, gdy traktujemy się poważnie, bez zbędnych kłótni i wyzwisk, które towarzyszą wielu naszym równieśnikom, ale za to mamy pakiet perwersji i udziwnień, które są raz słone jak sól, raz słodkie jak torcik Wedel.

'chcę, by mój świat był Twoim, a Twój moim. na tym polega przyjaźń.'

Sąsiedzi, którzy mieszkają obok mnie od jakichś dwóch lat, a których nie znam w ogóle, wycięli winogrona, o których pisałem tutaj. Ich sprawa, ale ja w głębi duszy protestuję, albowiem wycięli nie tylko winogrona, ale także jeden z tych widoków, które pamiętam z czasów szczenięcych. A najbardziej to szkoda mi Sturnusów vulgarisów. Teraz przeczytałem tą starą notkę raz jeszcze. Nawet nie wiecie, ile rzeczy się pozmieniało od pisania tamtych słów... Właściwie wszystko, co tam jest opisane, teraz jest zupełnie inne.

'jesteśmy jak dzieci, zupełnie niedorośli'

Miałem ostatnio świetny sen... Pierwsza, mniej istotna część, poruszała tematy spirytystyczne, dość nawiedzona akcja. Później... Dookoła jest tylko biel, oślepiająca bardziej niż biała pustka pokazana w pierwszym "Matriksie", nic nie ma, tylko to białe światło. Z tego światła wyłania się twarz... Twarz dobrze mi znana, jedna z najładniejszych twarzy, jakie w życiu widziałem. Teraz jest jeszcze piękniejsza. Tak, jesteśmy idealni, nieśmiertelni i nie dajemy złapać się konwenansom, reagujemy spontanicznie na to wszystko. Generalnie liczyła się tylko chwila, był świat bez końca. Była czułość, był chyba i taniec. Nie miałem ochoty się budzić, bo po świetnym dniu poprzednim i fantastycznym marzeniu sennym czekał mnie tradycyjny mikołajowy poranek w konwencji kawa-papieros-komputer.

'biegnij ze mną w noc i pod wiatr'

komentarze [6]

**********

#163. przed nami jest noc, przed nami jest świat bez końca.
niedziela, 16 marca 2008
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Wiosna jeszcze nie przyszła, lecz było już ciepło. Ogródek sąsiadki zieleniał, a ptaki jęły śpiewać swoje własne melodie. Cisza, spokój i ręce. I nagle coś przerwało ten ład. Po kryjomu, bez wiedzy i zgody prezydenta Jaruzelskiego, wyruszyło stępem coś nowego.
Akcja przenosi się na ulicę Hirszfelda. Tam, o godzinie jedenastej dwadzieścia czasu polskiego, przychodzi na świat dziecko. Dziecko jak każde inne, dziesięć na dziesięć punktów w skali Apgar, pięćdziesiąt pięć centymetrów długości, cztery tysiące gram wagi, trzydzieści pięć centymetrów obwodu głowy, tyle samo obwodu klatki piersiowej. Zdrowy chłopiec, zasadniczo podobny do obojga rodziców, tudzież niepodobny do nich wcale. Przyszło dziecko, przyszedł i problem nazwania potomka.
Mama chciała ochrzcić swojego synka Kacprem. Tata jednak obstawał przy innym imieniu. Ostatecznie rodzice postanowili nazwać swoje najmłodsze, ostatnie dziecko imieniem ojca, a więc po myśli osoby, która ów latorośl spłodziła. Tak więc nowo narodzony obywatel dopiero co raczkującej III Rzeczypospolitej dostał imię Mikołaj. Mikołaj Jakub...

Tak rozpoczyna się ten film. Największy komediodramat, jaki kiedykolwiek widziałem. Jeśli jestem bohaterem a'la Truman Burbank, to zdecydowanie publiczność śmieje się do rozpuku, w rzeczywistości "Truman Show" jestem pośmiewiskiem, czymś jak skrzyżowanie Kononowicza i Jozina z Bazin. Takie to ze mnie nieporozumienie.
Gdy miałem roczek to w wyjątkowych okolicznościach wyszło na jaw moje uczulenie na penicylinę. Ktoś przegiął z dawką tego antybiotyku, przez co doznałem dziwnego wstrząsu, który podobno prawie pozbawił mnie mojego malutkiego życia. Do dziś nie wiem, co to dokładnie było - z własnego dochodzenia wnioskuję, że mógł to byś wstrząs anafilaktyczny. Poza tym moje dzieciństwo nie było szczególne, bo bałem się łazić po drzewach, klockami Lego bawiłem się do dziesiątego roku życia, zawsze przegrywałem bójki z rok starszymi kolegami, w doktora z koleżankami się nie bawiłem, grałem całymi dniami w nogę, najstarszy brat był dla mnie idolem... Nic wielkiego.
Kształtowałem się... Chciałem uciekać z domu, napisałem nawet list pożegnalny. Ponadto będąc gówniarzem podbierałem rodzicom drobniaki na słodycze, w podstawówce szwendałem się po osiedlu, pisałem po ścianach i ławkach, byłem beznadziejny. W gimnazjum popijałem w ukryciu alkohol roboty ojca i na początku popalałem jego papierosy, w liceum czasem się upijałem, nie uczyłem się, pieprzone osiemnaście lat nie byłem zbyt dobrym synem. Oni nie zawsze byli dobrymi rodzicami, jako taka wyrozumiałość przyszła do mnie dopiero niedawno. I teraz cieszę się, że nie uciekłem, że nie miałem odwagi, bo jestem pewien, że gdybym się na taki czyn zdecydował to teraz bym Wam o tym wszystkim nie pisał - nie przeżyłbym.
Nie pamiętam zbyt wielu chwil nieskończonego szczęścia. Świat polubił mnie w pełni dopiero na przełomie ostatnich dwóch lat. Mając jedenaście lat marzyłem o graniu. Mając lat trzynaście założyłem pierwszy zespół. W wieku lat czternastu zacząłem grać na basówce. Gdy miałem szesnaście lat zacząłem grać koncerty. A mając lat siedemnaście pojąłem, że to wszystko jest trudniejsze niż myślałem - chwile rozczarowania, poczucie porażki. Cały swój okres dojrzewania poświęciłem graniu. Czy dobrze? I tak, i nie. Straciłem kilku kumpli i przyjaciół, straciłem rok szkoły, straciłem mnóstwo pieniędzy i nieco zdrowia. Co prawda to nie tylko skutki muzykowania, ale w dużej mierze to ów grania wina. Jednocześnie robiłem to, co lubię i pokazywałem, że gadanie przez dzieciaka z podstawówki formułki "chcę być basistą" to nie sezonowy kaprys, a coś więcej. Sposób ciekawego spędzania wolnego czasu, możliwość wybicia się ponad szarość, wreszcie świetna okazja do opowiadania o sobie. Utrwalanie swojej osoby w formie nieśmiertelnej piosenki. Jednocześnie ewoluując. Myślenie ma przyszłość! I trzeba mieć plan awaryjny, nie można zawierzyć swojego życia ani jednej rzeczy, ani jednej osobie! Żyjemy dla siebie!
Skoro jesteśmy przy osobach... Kiedyś miałem wąskie grono znajomych. Nigdy nie zapomnę tych wieczorów na Klecinie, tego wspólnego słuchania muzyki oraz opowiadania o wszystkim i o niczym. Teraz tego nie ma... Każdy ma swoje towarzystwo, wszyscy się pozmieniali... Jestem z mojego towarzystwa zadowolony. A ze mnie to uczuciowy facet jest.
Była cała masa zauroczeń, kilka osób, które w sumie w jakiś sposób kochałem... I byłaś (jesteś) Ty. Dziewczyna, którą poznałem w dniu moich szesnastych urodzin - to był najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem i którego nic nie przewyższy. Dziewczyna, z którą związałem się spontanicznie, bez obietnic i planów. Lgnęliśmy do siebie, jakaś odgórna siła przywiała nas z dwóch stron Wrocławia pod pręgierz i nakazała nam wspólne życie. A my na to przystaliśmy z niesamowicie wielką chęcią. Odzyskałaś moje ambicje, mój umysł. I raptem coś poszło nie tak, coś spieprzyłem i miłość ulotniła się. Takie to już jest życie... To przy Niej przeistoczyłem się z chłopca w mężczyznę. I choć nigdy nie czułem się prawdziwym mężczyzną, to jestem wdzięczny. Nie chcę przesłodzić, nie chcę, by to brzmiało cukierkowo, ale dałaś mi tyle, ile nikt nie dał mi wcześniej. Tak chciałem wkroczyć w pełnoletność u Twego boku... Nie wyszło, lecz z gruntu jesteś git, i wcale nie musisz się zmieniać. Fajnie Cię mieć, mimo tego wszystkiego... Addicted, indeed. Damn.
Gdyby jakiś sport miał odzwierciedlać mój obecny stan, bezsprzecznie chodziłoby o rajdy samochodowe. Zapierdalam jak głupi między drzewami, przez wertepy, haszcze, błota, pędzę na złamanie karku, dodatkowo ścigając się z innymi kierowcami. W takich chwilach to się o jakiś prym walczy, być śp. Colinem McRae w dziedzinie.
Gdyby mój obecny stan przyrównać do pływania w jakiejś cieczy, niechybnie pływałbym w szambie z domieszką ulubionych perfum. Pachnie przyjemnie, ale mimo wszystko to jakieś gówno. Perspektywa zatonięcia w fekaliach jest słaba.
Gdybym miał przyrównać się do jakiegoś zwierzęcia, byłby to leming. Lemingi podobno same pchają się na stracenie, choć to legenda prawdę mówiąc.
Jeszcze niedawno srałem w pieluchy i nie umiałem powiedzieć "mama". Pierwsze zdanie, które płynnie przeczytałem brzmiało "zadyma na sto dwa" - pamiętam to. A teraz mogę sobie kupić papierosy (jakie tylko chcę), mogę kupić litr wódki, mogę głosować i oddawać podatki na państwo. Życie otwiera nowe perspektywy! I co ja na to? Jak na lato, a niech sobie otwiera. Jedziemy dalej. Czasem sobie myślę, że oj lepiej gdyby nie było mnie. Myśli suicydalne czasem powracają w słabiutkim jak wino mszalne natężeniu. I ogólnie podejrzewam, że moja osoba jest skazana na jakieś spektakularne zejście z tego świata. A teraz co... Pójdę do Urzędu Miasta, Wydział Spraw Obywatelskich, pójdę po to, by poczuć się w gąszczu tych korytarzy niczym Józef K. z powieści Kafki. I będę sobie dalej żył i próbował realizować swój plan. Bo to jest trudniejsze niż myślałem.

komentarze [21]

**********

#162. oby los kiedyś Ciebie na zawsze zbezcześcił, spójrz w oczy mordercy, naprzeciw zagadce.
piątek, 29 lutego 2008
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Pamiętam imiona i nazwiska z mojego dzieciństwa. Pamiętam je nawet teraz, będę je pamiętał do końca życia. Ich oczy też pamiętam, choć trochę przez mgłę... Dwóch chłopaków, przez których było chujowo.
Miałem sześć lat, gdy trafiłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Powinienem tam trafić w wieku lat siedmiu, lecz tata uparł się przy puszczeniu swojego najmłodszego syna rok wcześniej. I takim oto sposobem wylądowałem w jednej klasie z ludźmi z rocznika '89. Wychowawczyni, pani Tańcula Danuta, od razu powiedziała, że "Mikołaj jest od Was rok młodszy". A może ja to powiedziałem? Teraz nie wiem, tak czy siak - chyba utrudniło mi to sprawę.
Nie byłem lubiany w podstawówce - przynajmniej nie pamiętam zbyt wielu momentów, w których takie prawdziwe lubienie miało miejsce. Nawet gdy w pierwszej i piątej klasie byłem przewodniczącym. Nie wiem, skąd się to wzięło. Różnica wieku? Zazdrość? Tego nie dowiem się nigdy, aczkolwiek w tym wszystkim pojawił się jeden... Wojtek się nazywał. Wszyscy go lubili, miał tą swoją dziecięcą charyzmę, dzięki której szedł za nim tłum dzieciaków. To właśnie jego w największej mierze oskarżam o moją, powiedzmy sobie szczerze, zjebaną podstawówkę. Spirala się nakręcała, choć czasem próbowałem walczyć.
Pod koniec szkoły grałem dużo w kosza - taki sposób na zajęcie sobie czasu między lekcjami a PlayStation. Głównie dzięki Mariuszowi (u ktorego w momencie pisania tych słów powinienem być na wódce), który też w życiu swoje chyba oberwał. I w ostatniej klasie podstawówki, na lekcji wuefu w meczu wrzuciłem większość punktów, a moja drużyna zmiażdżyła każdą inną. W pewnym momencie, po kolejnym trafieniu uniosłem ręce do góry w geście triumfu. Usłyszałem jakąś obelgę z ławki - tam był on z kimś jeszcze. Miałem 12 lat a jedyne, co on ujrzał to środkowy palec w jego stronę. Stink finger dla frajera, teraz Miko ma swoje pięć minut, walcie się. Do dziś pamiętam siebie przyciśniętego do ściany szatni, z ręką na szyi.
Teraz małe wtrącenie, szybkie przeniesienie się trzy lata do przodu... Zakończenie gimnazjum, idę przez szkołę w czarnych spodniach, niebieskiej koszuli, różowym krawacie, czerwonawych szelkach i galowych butach. Strój tworzący monstrualny dysonans, ohydny wręcz, wszystko gryzie się ze wszystkim, ale mi to pasowało. Słyszę tego gościa za plecami, słyszę jakieś odniesienie do homoseksualizmu. Nie odwracam się, unoszę ręce w podobny sposób, rozmawiam z kumplami i uśmiecham się. Znowu flashback do roku 2002...
Jak już mówiłem, nie mam zielonego pojęcia, dlaczego właśnie niechęć grała wówczas pierwsze skrzypce. Ale niestety było w tym też trochę mojej winy (szczególnie w szóstej klasie). Byłem wtedy arogancki i niemiły, choćby dla dziewczyn z klasy szóstej be. Dziś tego żałuję i wstydzę się za samego siebie. Choć nawet w jednej dziewczynie z klasy się podkochiwałem. Wysyłałem jej jakiś czas temu zaproszenie na nasza-klasa, przyjęła. Wracając do tematu, a właściwie przenosząc się na drugi wątek...
Nazywał się Michał i tak jak ja poszedł rok wcześniej do pierwszej klasy. Tyle że z rocznikiem '88, zresztą był w klasie z moją siostrą Karoliną. Przeciwieństwo mojej osoby - śmiały, koleżeński, lubiany, mądry i pracowity. Wszyscy go uwielbiali, "i do tańca, i do różańca", jak to się mówi. Zapytacie się, jaki ma to związek ze mną... Co bardziej kumaty czytelnik już go na pewno widzi. Te ciągłe pytania: "czemu nie możesz być taki jak on?". Czasem już nie sugestia, a wręcz świadome orzekanie winy: "czemu nie jesteś jak on?". On działał wszędzie, a ja nigdzie. Jego faworyzowali kolejni nauczyciele, mnie raczej nie. Przebojowość naprawdę pomaga w życiu, zacznijcie w to wierzyć. Każde słowo na ten temat zamiast wchodzić mi na ambicję pozytywnie, dobijało mnie. Sądziłem, że zostałbym z pewnością wymieniony - gdyby tylko była taka okazja.
Dziś pan Michał studiuje w Warszawie, co widziałem na wyżej wspomnianej naszej-klasie. Podobno jak w podstawówce go ubóstwiali, tak w gimnazjum (jednym z najlepszych we Wrocławiu) miał już problemy z nauką, a do liceum (najlepszego we Wrocławiu) dostał się tylko dlatego, że to wyprosił. Karola skwitowała to jednym zdaniem: "zaniżał poziom klasy, może i szkoły". Hmmm... "Nic nie zrobiłem co by mogło mnie wyróżnić, los jest okrutny, czas sławy jeszcze krótszy, się nie oszukujmy"...

komentarze [18]

**********

#161. to znowu bracia Marx, Flip i Flap.
sobota, 23 lutego 2008
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Dla kogo są blogi? Blogi są dla ludzi, bo wszystko jest dla ludzi. Sprawa pozornie prosta. Choć nie wydaje mi się, by odpowiedź na moje pytanie była tak banalna.
Blog w pojęciu Wikipedii to "rodzaj strony internetowej, na której autor umieszcza datowane wpisy, wyświetlane kolejno, zaczynając od najnowszego". Czyli sieciowy dziennik/pamiętnik. I właśnie, skoro to taka poważna sprawa, ekshibicjonizm swego rodzaju, to dlaczego umieszczamy to w sieci? Przecież w sieci jesteśmy coraz mniej anonimowi, to właśnie tutaj czasem bywa groźniej niż na ciemnej ulicy o drugiej trzydzieści dwa w nocy. Odpowiedzi przeważnie są takie same: chęć pokazania się, podzielenia się swoimi przeżyciami ze światem, szybki lans i pięć minut internetowej sławy.
Ilu użytkowników portali blogowych, tyle tych stron jest. Swego czasu wyparły one wszechobecne strony domowe, na których każdy pisał jak się nazywa, co robi na co dzień, gdzie się uczy, z kim sypia... Potem poznaliśmy blogi - specjalistyczny system wymyślony na przełomie lat 80. i 90. jakoś. System specjalistyczny do tego stopnia, że nawet nie trzeba za bardzo znać HTMLu, by posiąść umiejętność prowadzenia sieciowego dziennika. Teraz pisanie o sobie stało się jeszcze łatwiejsze - klik, piszesz, klik, gotowe. Byle debil może wyjechać na wirtualne pole bitwy ze sztandarem z napisem "mam wyjebane" albo "jebać WKS", otrzymać pod tym komentarz - zazwyczaj chwalący lub rzadziej krytykujący jego postępowanie. Atakuje konkretnego oponenta, ten odbija piłeczkę (obowiązkowo w komentarzach pod wpisem agresora lub na własnym blogu) i coś się dzieje.
Można pisać o polityce, o rzeczywistości, o muzyce, o grach, o sporcie, o sobie, o brudnych skarpetkach... Można znaleźć pamiętniczkowe śmieci, znajdują się też czasem perełki. Jak już kiedyś tutaj wspominałem, niektórzy znani mi użytkownicy Myloga to strasznie złożone osobowości i można o nich książki pisać. Nawet jeśli już opuścili to miejsce na rzecz innego, o którym mowa w następnym akapicie.
Jeśli nie potrafi się do końca zainteresować ludzkość swoimi wypocinami to nie przejmujmy się! Niedawno na szeroką skalę poznano nową przyjemność - fotoblogi! Jak to działa? Otóż... Jeśli nie masz zielonego pojęcia, co by tu skrobnąć to z pomocą w takich chwilach niemocy literackiej przychodzi dowolny portal oferujący fotoblogowanie. Umieszczasz zdjęcie z komunii brata, ślubu rodziców, defloracji czy czego tam chcesz, piszesz coś w stylu "to ja i gość A, gość B i gość C", i włala. Z komentarzy komplementy aż ciekną strumieniami.
Nie atakuję ani "zwykłych" blogów, ani fotoblogów. W moim przypadku byłaby to przeraźliwa hipokryzja. Ale przyznaję, że photoblog rozleniwia stosunkiem zdjęcia > reszta. Wielu ludzi uciekło na fotoblogi, bo tam większa funkcjonalność niby... Ja też tam uciekłem, za co po dziś dzień biję się w pierś. I na koniec pamiętajcie: dzień bloga przypada na 31 sierpnia. W tym dniu każdy blogger ma za zadanie napisać notkę, w której opisze pięć jego ulubionych blogów.

edit: 23/02/08, godz. 1.40:

Właśnie sobie przeczytałem jeden stary komentarz, z dnia 19 kwietnia... Brzmi on tak:

"A Ty jesteś kobieciarzem - i to wcale nie jest komplement! Bo nie sztuka być z 5402 kobietami (na raz czy po kolei), sztuka jest być z tą jedną jedyną przez... no przynajmniej kilkanaście miesięcy."

I powiem Wam szczerze, że gdy patrzę na to dzisiaj to dochodzę do wniosku, że autor tego komentarza może pocałować mnie w dupę. Stara sprawa, ale mnie trochę poruszyła. Dziwna przeszłość ma. Ważna teraźniejszość, kto w moim wieku ma za sobą blisko dwuletni związek w stylu moim i Mifki?

komentarze [21]

**********

#160. "no matter how hard you try, you can't stop us now."
czwartek, 27 grudnia 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Równa, sto sześćdziesiąta notka poświęcona będzie zjawisku końca roku. A koniec roku kojarzy się ze świętami (które już za nami), sylwestrem (który jeszcze przed nami)... No i z podsumowaniami. Dziennikarze sportowi mówią o tym, że Polska dostała się na Euro 2008, dziennikarze muzyczni mówią o dominacji konstelacji Rubik, a bardziej alternatywne gryzipiórki pieją o rozwiązaniu takiej tam nietrópankowej Pidżamy Porno... A ja jestem dziennikarzem maści mikołajowej, kokosiologiem i mówię, jak ciekawy był to dla mnie czas. Ten rok 2007, jak zawsze inny od poprzedniego, bardziej ustatkowany jak sądzę, choć też działo się sporo i było groźnie, wesoło, smutno, szalenie, czy też (to bardziej adekwatne do dzisiejszych czasów słowo) krejzolsko. Nie czułem się chyba ani razu na wielkim szczycie (jak to miało miejsce w roku 2006), powiem więcej, chyba nawet częściej w mule się babrałem. Ale nawet mimo to Kokosiek czadu dawał, bo mimo swojej socjofobii Kokosiek znaczy 'być sobą i mieć niesprecyzowany charakter'. Każdego dnia byliście świadkami tego, o czym piszę poniżej. Po kolei...
Dosłownie pierwsze dni stycznia przyniosły oczekiwania przed radioodbiornikiem na usłyszenie pewnego wywiadu... Wywiadu ze śpiewającym basistą TMK - Mikołajem oraz gitarzystą TMK - Grześkiem. Byłem strasznie spięty, jąkałem się troszkę, ale wyszło w porządku. Zawsze chciałem być muzykiem, a to się wiąże z udzielaniem wywiadów - już pierwszy mam za sobą, haha. Ta przestroga dla wszystkich, którzy mają zamiar porzucić swoje przekonania jest udostępniona do ściągania: kliknij tutaj by pobrać wywiad.
Potem koncerty z nowym basem, granie w Łykendzie, co na tamten czas było nobilitacją (chyba nawet dalej jest), kolejne piosenki z TMK... Wspominki na tym blogu i propozycja Nirvanesa: "spróbujmy jeszcze raz". I tak oto między pisaniem takich utworów jak "Because", przewrotno-wywrotowe "Lekarstwo na Inspiracje" (hip hop!), "Piękno Chwili Przy Drodze" czy "Najdziwniejsze" (posiadające jeden z najlepszych tekstów jakie w życiu napisałem) telefonicznie, gadu-gadowo i empirycznie słowa w czyn się obróciły, i panie panowie, gloria, chłopaki mają zespół! Chowaj Wino Do Plecaka powróciło w glorii i chwale, z przykopem po trzech próbach zagrało pierwszy, krótki koncert, potem nagrało niezłe demo, nagrało kolejne demo, zmieniło nazwę na Chris June, zagrało najlepszy show w swojej historii (22 września, Głogów, klub Mayday - najlepszy koncert również w moim życiu), srata tata... W między czasie TMK poszło w odstawkę - i sam nie wiem, czy zawiesiło się, czy rozwiązało. To było (i wciąż jest) dość niejasne, aktualnie wszyscy zwątpili, osoby liczące na ożywienie tej grupy to palce jednej ręki. Warto? Może tak, a może nie - rok 2008 to rozwiąże.
Te kolejne godziny w kapeli męczyły, cieszyły, męczyły, cieszyły, smuciły, cieszyły, męczyły... W grudniu po dwóch latach przestałem grać z Nemo - pustka, bo żadnego innego gitarzysty od września 2005 w swoich składach nie miałem. No, ale musi być lepiej, podobno zmiany są nieodłączną częścią naszego życia. Należy się z nimi pogodzić. Tak oto rok otwierałem Łykendem, i zamykałem Łykendem - w dwóch różnych zespołach i dwa różne występy.
A jak wyglądała moja edukacja w tym roku? Najkrócej (i najbrutalniej) rzecz ujmując to dałem dupy na całej linii, spierdoliłem sprawę w pierwszej klasie tej całej zawodówki. Nie dość, że nie przepadam za tą szkołą to jeszcze ukończyłem pierwszy rok ze średnią około 2,7 - porażka, najniższa średnia w życiu. Rok szkolny 2007/08 obiecuję mieć lepszy, już poczyniłem ku temu kroki, widoczne wyraźnie przy klasyfikacji zakończonego już pierwszego semestru. Bo przez ten rok, dzięki Niej głównie, mam znowu plany, jest jakaś tam ambicja, reszta znajomych we mnie nawet wierzy, to chyba coś znaczy.
Miłość... Miłość jest wciąż ta sama - to cudowne, blisko 21 miesięcy obok siebie, ręka w rękę. Była separacja w lutym, potwornie trudny, koszmarny, najgorszy maj, jaki mogłem sobie wyobrazić, o którym nie chcę nawet myśleć, były wspólne Walentynki, bardzo trudna tęsknota na wakacje, miłość, zrozumienie... Dawno nie było tak dobrze, jak na przykład w tym grudniu. Wciąż nie zanosi się na koniec, a wręcz przeciwnie - z takim ciepłem... Ona nade mną czuwa, ona kocha mnie pomimo moich licznych wad, słucha i nazywa swoim Grubaskiem. Słodkie.
Ciągle mnie to wszystko zaskakuje, ja daję się zaskoczyć w świecie, gdzie wszystko już było i jest dość przewidywalne. Zaskakuje mnie jakaś rzecz, a ja mimo to nie pytam jak dziecko "dlaczego?", choć znów czuję, że jest we mnie coś dziecinnego. I nie chodzi tu o kompleks Piotrusia Pana. Uczę się radości z banalnych rzeczy. Robię swoje. Walczę chociaż nie chcę, jak nie chcę to nie walczę, mylę wciąż kroki, lecz dalej tańczę. Podobało mi się w tym 2007 roku, wiecie? A teraz nowe dzieje: od marca dołączę do grupy pełnoletnich tego kraju, co da mi kilka przywilejów, parę praw, ale również ileśtam obowiązków. O tym ostatnim chyba lepiej nie myśleć.
Plany na ten rok 2008 są, co prawda głównie dotyczące mojej wielkiej pasji, ale są. Bo muzyka to póki co większość mojego życia - choć odchodzący rok nauczył mnie również tego, żeby nie napinać się zbytnio i zachowywać odrobinkę dystansu. To cholernie ważna rzecz. Muzyka jest dla mnie już "tylko" zabawą... Nic za wszelką cenę Kochani. I obym nie okazał się hipokrytą. A poza tym to w nowym roku osiem i dwa tysiące chciałbym być po prostu dobrym człowiekiem - z własnym umysłem, z własnymi poglądami na to, co się dzieje wokół... Chciałbym nauczyć się paru rzeczy, które obiecuję sobie od niedawna. Być odważniejszym, pewniejszym siebie, bardziej wyrozumiałym, mądrzejszym Mikołajem.
A wszystkim czytelnikom mikolaj.mylog.pl dziękuję za wsparcie i za bycie ze mną, nawet mimo tego, że ostatnio ten blog był zaniedbany, ja uciekłem na photobloga, a nawet przez miesiąc mój mylog był oficjalnie zawieszony. Czytelnikom mojego photobloga też dziękuję. Lubię Wasze słowa, życzę Wam wszystkiego najlepszego w nowym roku.

pozdrawiam najcieplej jak tylko umiem,
Mikołaj Jakub

komentarze [11]

**********

#159. "counting the days to rearrange."
piątek, 14 grudnia 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

10 grudnia 2007, poniedziałek:
Dziś jest ten dzień... Już od rana przeczuwam, że nic po tym dniu nie będzie takie samo. Godzina 14:30, Szkoła Podstawowa nr 42 (którą miałem przyjemność kończyć), masa wspomnień (trochę lepszych i pełno gorszych)... Zajeżdża wiśniowe BMW, wysiadają z niego dwie dorosłe osoby z pięcioletnią córką. Większy był kierowca - mężczyzna, postawny brunet, lecz skronie mocno osiwiałe... Kobieta niska, właściwie nie wyróżniająca się z tłumu - ciężarna, z terminem na 19 stycznia 2008 roku.
Przywitałem się, bo cóż innego mi zostało? Mimo więzi, jakie nas łączą nie widziałem go parę lat... Sam nie wiedziałem, co mam mówić, po prostu przyszedłem do niego ze łzami w oczach, wyciągnąłem na przywitanie drżącą rękę, której on (być może czysto kurtuazyjnie) nie odtrącił... Na styczeń również dostałem zaproszenie - "adresu nie zmieniliśmy, numerów komórek nie zmieniliśmy, nic się nie zmieniło" - grzmiał jego donośny, pełen ignorancji, ale i ciepła i cudownych wspomnień głos. Na pewno nic się nie zmieniło?
Wróciłem do domu, jakby inny i czystszy, bogatszy... Tryskałem humorem, choć przede mną była kolejna cholernie ważna chwila. Ten rok zaczynałem niemalże pojawieniem się na scenie Łykendu. Los chciał, że i ostatni koncert roku 2007 zagrałem w tym miejscu. Koncert szczególny, bo ostatni z dotychczasowym gitarzystą. Decyzja została podjęta niemalże parę tygodni przed 10 grudnia, lecz jeszcze na finiszu pojawiły się wahania, czy aby na pewno dzisiaj. Jeden z nas był na tyle radykalny, że chciał to mieć już za sobą i rozwiązać problem.
Poszło gładko. Zbyt gładko. Zbyt łagodnie, by się na poważnie pokłócić ale i zbyt ostro, żeby nie dać powodów do gniewu. Nie wiem, ile trwała wymiana zdań - na pewno mniej niż dwadzieścia minut. Można by rzec, że była waleniem głową w mur Domu Handlowego "Podwale", bo tak poważna rozmowa, jak dalsze losy amatorskiego zespołu muzycznego została ubrana w szaty monologu, czasem tylko jakiegoś rzecznikowania prasowego. Nie można mieć tego nikomu za złe, bo zawodnik zawsze miał problemy z wyrażaniem własnego zdania, miał określony sposób komunikacji. Funkcjonowało to przez dwa lata, kluczowy gracz w tej rozgrywce... Z nim się zdobywało szczyty, z nim się upadało na dno, w pewnym momencie wiele rzeczy robiło się razem. No, a teraz drogi się rozeszły. I ja, eksprzyjaciel Kacper, zamiast szlochać za nim, to szlocham nad sobą, czując ulgę i strach w jednym.
Niedługo skończę osiemnaście lat, i dopiero wtedy pewnie uznam, że wyrwałem się z jarzma zdalnego sterowania - czy to jej sterowanie, czy to ich kontrola... Nieważne, wiem tylko tyle: zacisnąć zęby, wziąć się w garść i pokazać, na co mnie stać.

komentarze [8]

**********

#158. "we got a problem, it's plain to see."
wtorek, 18 września 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Nie możecie ode mnie wymagać tego, że będę wiecznie uśmiechnięty, będę z radością odpowiadał na Wasze pytania, opowiadał o sobie tylko po to, by poczuć się lepiej, a Wy żebyście powiedzieli "wow". Nie mogę Was ciągle słuchać i być wyrocznią, która zawsze pomoże tudzież wysłucha, kiedy pomóc nie umie. To tak gwoli jasności, żeby się potem nie okazało, że kiedyś tam miałem czelność mieć kiepski nastrój i złamałem swoje prawa oraz obowiązki polegające na niezliczonych, hurtowych pokładach empatii i bezwarunkowym altruizmie - o niesamowitym słuchu i dobrej pamięci nie wspominając. I w związku z tym moim nietaktem słyszę, że się zmieniłem, że się zrażają, że w ogóle taki niedobry prawie jestem i na dodatek chuj mnie to wszystko obchodzi. Pewnie że jestem niedobry! Oczywiście, że się zmieniam! Może nawet na gorsze, to nie do końca moje wpływy. Ale jakbym był niezmienny to bym grał w reklamie soku albo syropu. Są pewne części mojego mózgu, w które nawet ja się nie zapuszczam.

Bo mi też czasem potrzeba... Ja też czasem mam doła, nie jestem cyborgiem, ani tym bardziej pocztą głosową, na którą można nagrać wszystkie smutki i żale.

komentarze [10]

**********

#157. "każdego dnia, codziennie kocham Cię."
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

O proszę, ja mam dalej bloga... Się zapomniało o takim czymś. Moje dzieło, już dwa lata ze sobą jesteśmy a ja go tak ostatnio po macoszemu traktuję... No cóż.
Wakacje się kończą. Tak, wiem że jeszcze tydzień, ale ja Was przybiję tą wiadomością, miejcie świadomość końca beztroski. Ja też mam, zawodówka to taki dziwny stwór... Niby tam się trafia za karę i z powodu słabych wyników w nauce, niby z marginesem edukacyjnym się ściera dzień w dzień, konfrontacje (prawie jak z piosenki Kalibra). Niby jest to nędzne i lajtowe, a jednak. Egzamin mnie w tym roku czeka. Zawodowy, sprawdzający czy ze mnie kucharz będzie kiedyś mógł być. Stworzą klasie 2 kb taką presję, porównywalną do presji tworzonej w klasie trzeciej gimnazjum. Grunt to pozytywne nastawienie, bo musi się udać. W końcu mnie lubią, wychowawca we mnie pokłada nadzieje, a ja taki głupi nie jestem na jakiego wyglądam.
A jakie były wakacje? Jak co roku normalne, bez rewelacji. Jak zawsze nigdzie nie wyjeżdżałem (a nie, raz na koncert do Dzierżoniowa pojechałem, mały wypad), jak zawsze tęskniłem i siedziałem we Wrocławiu. Nic złego i nic emocjonującego nie robiłem, żadnych odpałów i akcji charakterystycznych dla siedemnastolatków. Młodość ma swoje prawa i musi się wyszumieć, ale chyba nie moja. Ja mam swoją scenę, swoje światło, swoje spojrzenie na ten świat. W miarę trzeźwe.
Moja kapela numer jeden - TMK chwilowo istnieje tylko na papierze i na płytach CD, bo jest przerwa, z angielska mówiąc "hiatus" chyba... Antrakt zarządzony przez jej ochiachlidera, który liderem raczej już nie chce być. A przynajmniej nie chce być jedynym słusznym przywódcą... Natomiast marzenia się spełniają czasem. Ja kiedyś tu pisałem o tym, że chciałbym bardzo zreaktywować pierwszy band - Chowaj Wino Do Plecaka. Udało się, wiecie o tym. Pod nazwą Chris June gra nam się tak dobrze, jak nigdy dotąd. Nie dość, że ożywiliśmy legendę, to jeszcze ją nakręcono tak, że sprawia każdemu z nas (mi, Krzysiowi, Grześkowi, Tomkowi) maksymalnie dużo frajdy. Właśnie nagraliśmy drugie demo... A nasz myspace to www.myspace.com/chrisjune.
No i zapomniałem wspomnieć o Niej. Ona dalej jest, nim się spojrzymy będzie 17 miesięcy razem, z Nią jest mi tak dobrze... Czuję się jak prawdziwy mężczyzna, taka jedna chwilka. Nie wierzę w sondaże, które mówią o tym, że Joanna Brodzik jest kobietą roku 2006 a jakaś baba, której nawet wygląd jest mi bliżej nieznany staje się kobietą roku 2007. Dla mnie to Mifka jest Kobietą Roku, zdecydowanie tak. Ona i tylko Ona.

A w tą piosenkę się ostatnio wkręciłem. W ogóle ostatnio lajtowej muzyki słucham.

Róże Europy - List do Gertrudy Burgund

Pościel przyniesiona przed chwilą z pralni
Nadal pachnie czekoladą z orzechami
Którą położyłaś na mojej piżamie wieczorem
Czterdziestego ósmego dnia wakacji
To jedyny dowód że byłaś tu
A teraz puste miejsca na ścianach i sufitach
Zajmuje Pałac Kultury wystający zza parapetu
I butelka porzeczkowego wina a poza tym

Każdego dnia
Codziennie kocham Cię

Dwudziestego sierpnia przed północą
Meble usłyszały odjeżdżający pociąg
I razem z naczyniami naczyniami kuchennymi
Zabarykadowały się w ubikacji
A wczoraj zostałem pokłócony
Z jedenastym papierosem
Mieszkańcem milionowej paczki
Wypalonej przez Twój
Niezrozumiały dla mnie nałóg
Przez ten Twój cholerny nałóg i jeszcze coś

Każdego dnia
Codziennie kocham Cię

Każdego dnia kocham Cię
Nieprawda że czasami ja kocham codziennie
Nie tylko w święta nie tylko w niedziele
Kocham w normalne dni powszednie
Każdego dnia kocham Cię
Kocham kocham kocham codziennie
Każdego dnia kocham Cię
Kocham kocham kocham codziennie
Wczoraj przyszły pozdrowienia z zagranicy
I nie znalazłszy drugiej pary oczy
Wyskoczyły przez okno
Rozbijając się o kontenery z mlekiem
I to już chyba wszystko

Pozdrawiam i całuję gorąco

komentarze [11]

**********

#156. "they said: there's too much caffeine in your bloodstream."
czwartek, 2 sierpnia 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Kilka dłuższych cytatów z książki, którą ostatnio przeczytałem... Mającej w sobie fabułę, ciekawe spostrzeżenia stricte socjologiczne, troszkę humoru i coś takiego, czym główny bohater wzbudza we mnie niewiarygodnie wielką sympatię... Marcin Świetlicki - "Trzynaście". Kontynuacja powieści pt. "Dwanaście".

"Na pewno na tym polega piekło. Na powtarzalności."

"Mistrz pije.
Żeby zlikwidować idiotyczne podniecenie, żeby się przed samym sobą nie ośmieszać. W tym podnieceniu nie chodzi wszak o Ćmę, chodzi o nową perspektywę, chodzi o przyszłość. O przyszłość, w której istnienie od lat powątpiewał.
Pije, bo boi się, że staje się z minuty na minutę coraz bardziej śmieszny z tą nagłą wiarą w przyszłość."

"Wygląda jak świeżo wykąpana nastolatka, co samo w sobie nie jest niczym przyjemnym."

"Ale podobno tak donosił, żeby nikogo nie skrzywdzić."
On donosił z nienawiści do komuny.
Taki poczwórny agent."

"Na Plantach spotykają mnóstwo młodzieży ubranej na biało, czarno i granatowo.
Wokół kwitną kasztany i cudnie ogólnie jest, świeżo, przejrzyście.
- Och, matury się zaczynają! - myśli sobie mistrz i wzrusza się.
On też kiedyś, mniej może elegancko ubrany, szedł przez miasto, by walczyć o świadectwo dojrzałości. I wywalczył.
I był to jeden z jego ostatnich prawdziwych sukcesów.
A mijająca go młodzież, zarówno męska, jak i żeńska mówi "kurwakurwakurwakurwa", od czasu do czasu tylko przerywając ten niecenzuralny potok słów nielicznymi innymi słowami. Młodość się musi wyszumieć."

"Nikomu nie są potrzebni cisi, mili, dobrze wychowani ludzie."

"- A popatrz na tych, co tam siedzą. Albo na tego, siwego, tu przy stoliku obok... Nie wnikam, kim on jest, nic mnie to nie obchodzi, brzydzę się nim, ale jakby tak na moment się na nim skupić, to jasne dla mnie jest to, że spokojnie może zostać uznany za postać mówiącą nieco o kondycji polskich mężczyzn. Stanowi karykaturalny wizerunek kolejnej lost generation, wiecznych chłopców przeistoczonych niepostrzeżenie w przedwczesnych starców. Zapity, apolityczny, zbuntowany przeciw wszystkiemu, czyli bliżej nie wiadomo czemu, przeżywa relacje społeczne i uczuciowe w sposób skrajnie niedojrzały. Jest raczej nieszkodliwy, bo przecież niszczy tylko samego siebie. Upozowany, wycofany, szyderczy i depresyjny. Chory na alkoholizm, nadwrażliwy i kompletnie zobojętniały. Dekadent i nikotynista. Postrzegam go jako postać tragiczną i groteskową, antytezę dziarskiego, wszechpolskiego chłopca i uosobienie obywatelskiej niemocy wolnościowego kontestatora z lat osiemdziesiątych. Nie jest ani prawicowy, ani lewicowy. Nie rozumie świata. Nie dorósł, a zdziadział."

komentarze [4]

**********

#155. "apatia to żaden grzech, gdy wszystko zmienia się w kesz."
czwartek, 19 lipica 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Siadam do notki i brakuje mi czegoś. Kogoś. Jakoś. Postaram się już nie wspominać o tym, jak mi źle tu samemu się siedzi, teraz brzydzę się być sam. No... Całe dnie spędzam jak na jakimś rauszu, potrafię gdzieś zniknąć, unieść się ponad ciało, zostawić je na kilkanaście chwil, następnie uciec gdzieś myślami. Gdziekolwiek, to taki dziwny stan, blackout na trzeźwo. Dzisiaj uciekłem już naprawdę daleko w przód. Wyobrażenie porzucenia wszelkiego wykonywania muzyki i wrzucenie gitar na strych mocno mnie zelektryzowało - co gorsza pozytywnie. Poczułem, że jestem na dobrej drodze do tego, by to kiedyś nastąpiło. Cudów nie ma, już jakiś czas temu zauważyłem, że moje myślenie o tym nie jest takie, jak na przykład dwa lata temu... Może i Świat leży u moich stóp, może i jestem człowiekiem skazanym na sukces - ale... Czuję, że kiedyś nastąpi taka chwila - zaniecham grania, zostawię śpiewanie, przestanę płacić za próby i zajmę się czymś innym, niekoniecznie sztuką dla sztuki i zadowalaniem ludzi. I tylko czasem wrócę pamięcią do czasów, gdy jedynym zarobkiem były kupony na piwo i przez chwilę czuło się tak, jak zapewne czuli się moi idole z jakichś odległych czasów.

A to mi teraz przygrywa najmocniej:

Lech Janerka - Dobranoc

Zabawny sen
Znów ktoś mi nasrał na grób
Nie szkodzi
Ważne, że jesteśmy młodzi
Ty lubisz tak
A ja znów to robię na wspak
Kto szybciej
Do prawdy się zbliży ten zniknie

Bawimy się
Bawimy ładnie lub nie
Nieważne
Bo nico niełatwo rozdrażnić
Ono tam jest
A imię jego na E
Paradne
Coś jak Etiopia lecz ładniej

Bawimy się
Bawimy ładnie lub nie
Nieważne
Bo nico niełatwo rozdarżnić
Ono tam jest
Cierpliwie czeka na dzień
Dokładnie
Dokładnie się wszystko razpadnie
Zapadnie
Rozpadnie
Zapadnie

Na ulicach zły mrok
Miasto upadło w sen
Właśnie skończył się film dla mas
Właśnie skończył sie film
Nie dotykaj tych rąk
Są wilgotne i drżą
Nie nastąpi już żaden cud
Cudów nie ma

No i dobranoc aniele
No i dobranoc ułudo
Wykonajmy ten numer śmielej
Nie wahajmy się

PS. Wyświetla się u Was normalnie obrazek w szablonie i mój avatar? Bo mi się pierdoli nieco.

komentarze [12]

**********

#154. "co ze mną jest nie tak? nierówna gra."
niedziela, 8 lipica 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Romantyzm i cały pakiet zachowań związanych z tym nurtem/typem charakteru/okresem w historii (?!) jest cudowną sprawą. Większość dziewczyn kocha różne farmazony i pierdoły typu "zachód słońca nad zalewem Zegrzyńskim", albo jak macie za daleko to styknie oczko wodne w ogródku sąsiada... A jak walnie się dla płci pięknej jakiś pseudopoemat (albo piosenkę, jak się umie 3-4 akordy na gitarze) to już w życiu łatwiej. Ale tylko na papierze, nieoficjalnie i w świadomości większości. Ale ze skrajności w skrajność idąc taki owy romantyk (zapewne chłopaczyna z typu tych, co dali się prać albo gnębić w podstawówce) może popaść w coś, co przed chwilą ochrzciłem mianem ultraromantyzmu. Co to znaczy? Ano znaczy to tyle, że niezależnie od tego, co się dzieje taki facet męczy facetkę swoimi tekstami typu "och, masz piękne oczy i mogę się w nich zatopić" albo "co się stało? czemu jesteś smutna?". Zapominając o tym, że miłość to odrobina przeciwieństw, a życie to niekończące się pasmo wzlotów i upadków. Łącząc ultraromantyzm z napadami histerii wychodzą stwierdzenia typu "Ty pewnie chcesz mnie zostawić, bo nie zasłużyłem na Ciebie". I wtedy jest tak zwana lipa, bo dziewczyna wcale o porzuceniu owego gryzipiórka nie myśli, a on odchodzi od zmysłów. Może to i lepiej że dzisiaj liczba romantyków jest poniżej progu wyborczego?

komentarze [4]

**********

#153. "Nieskończenie Wiele Dni".
czwartek, 28 czerwca 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Dzisiaj tak inaczej... Proszę bardzo - prapremiera tekstu najnowszej piosenki zespołu TMK, o której pisałem jakiś czas temu. Taki tam bełkot z perspektywy tych lat co to już minęły... Instrumentalno-wokalna wersja live już niedługo, na razie graliśmy na koncercie tylko część pierwszą... Pozdrawiam.

"Nieskończenie Wiele Dni"

[I: Kształtowanie]

Nie wiem co jest teraz, ale wtedy był piątek
16 marca, wtedy się urodziłem
Pogody nie znam, lecz znam godzinę
Chwila po jedenastej, więc na obiad zdążyłem
Imię i nazwisko dostałem po tacie
A pakiet zachowań po starszym bracie
To dzięki niemu teraz w tym miejscu stoję
Że o tym zapomnę, ciągle się boję

Byłem mały, miałem jakieś trzy lata
Poznałem Pączka, mego pierwszego kompana
Przez tamte lata razem po ulicy latamy
Dziś jednak o przeszłości wcale nie gadamy
Jakiś rok później poznałem Łysego
Wszystkiego nie opowiem bo za dużo było tego
Karola, Kaja, Gosia, ciągłe urazy godności
Te dwie ostatnie to próbki dziecinnej miłości

Piękny czas beztroski, jeżdżenia na rowerach
Zabaw klockami i żołnierzykami
Jestem niezniszczalny, zmieniam się we wszystko
Wszystko układało się jak origami

Nadchodzi rok 96'
Pewien przełom w życiu młodego człowieka
Wbrew wszystkim do szkoły poszedłem rok wcześniej
Bo nie wiedziałem co mnie czeka

[II: Na Skraju Zapomnienia]

Słońce już wschodzi, pora wychodzić
Lecz najpierw w pokoju włączasz wielkie światło
Kanapki na drogę, chłodne pożegnanie
Wczoraj się kłóciliśmy ale nic się nie stało

Droga którą chodzę od lat sześciu
W takich chwilach nie ma mowy o szczęściu
Przez ten czas nie było prawie nikogo
Kto mógłby chodzić ze mną tą polną drogą

Ktoś przyszedł jak zły wilk
Z tej bajki o małej dziewczynce
Jak ten sam aktor w innej zdmuchnął go
Tak rozpadał się mój rodzinny dom...

[III: Pierwszy Gol, Pierwsza Komunia]

Pamiętam pierwszą bramkę na boisku przy podstawówce
Jeden pewny strzał jak w strzelbie czy śrutówce
Smak batona "Rekord" przy poczcie dziewiętnaście
Przestawiony nos za Korna gdy miałem lat czternaście
Nie mam wątpliwości że czas leci bez litości
Jestem w dużej odległości od tamtej szczerości
Teraz bliżej do marskości, choć mam multum możliwości
W chwilach słabości daję nieco miłości

Bo czasem bywa tak
Że życie nie jest Ci w smak
Nowy dzień, nowe fobie
Lęki przed tym, co jest w Tobie
Czasem mam już dość
Potem chciałbym jeszcze więcej
Posłuchaj tej piosenki
Kiedy mnie już nie będzie

Jedna chwila zmienić wszystko potrafi
Kiedyś to o czym teraz mówię jasny szlag trafi
Jeszcze jedno, świat pędzi bez wytchnienia
Chciałbym i mój ślad ocalić od zapomnienia

Walczę chociaż nie chcę
Jak nie chcę to nie walczę
Mylę wciąż kroki
Lecz dalej tańczę

Od tamtej chwili minęło
nieskończenie wiele dni
I wtedy pojawiłaś się Ty

----
Wrocław, kwiecień-czerwiec 2007
niektóre fragmenty pochodzą z wiersza mojej siostry Karoliny.

komentarze [6]

**********

#152. mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. nie jak zaczyna.
piątek, 22 czerwca 2007
napisałem ja, czyli Mikołaj.

Zdałem do następnej klasy, ze średnią dwa przecinek siedem, ale zdałem. Dumą tego nie nazwę, raczej miło jest widzieć, że w takiej promocji dopingowało mnie parę dość istotnych osób... Powiało z leksza faworyzowaniem, a do takiego stanu rzeczy nawet ręki nie przyłożyłem, żadnego pucowania i lizusowania także nie było.
Rozkręcamy kolektyw muzyczno-kabaretowy Chowaj Wino Do Plecaka, trzeba rozbujać ten furgon bo może nawet warto... Wbrew niektórym. Już się tak wewnątrz składu śmiejemy, że w razie jednego fałszywego ruchu na osiedlu (typu typu akcja plakatacja, albo chociaż mikrooznaka istnienia) do boju ruszy nowe pokolenie antyfanów, które mógłbym tutaj z imienia i nazwiska wymieniać. A z TMK jakiś taki zastój, przyznaję się bez bicia (i przede wszystkim pierwszy raz tak publicznie), że nastały trudniejsze czasy dla tego składu. Coś obie kapele łączy, a mimo to są tak od siebie różne... Zobaczymy co dalej życie przyniesie - i co mi przyjdzie do głowy, co mi odpierdoli.
A poza tym życie jak trwało, tak trwa. Niektórzy obserwowali mnie na photoblogu, mało tam mówiłem co prawda ale lepsza taka forma kontaktu niż żadna. Na tym blogu nic nie zmieniałem przez miesiąc tego, jak prawie nikt nie miał do niego dostępu. Mówię prawie, bo po poprzedniej notce idzie się domyślić, kto hasło posiadał.
To, że mikolaj.mylog.pl powraca nie znaczy, że panmikolaj.fbl.pl pójdzie w zapomnienie. Pojedziemy na dwa baty i na dwa wozy. Ostatnio częściej dzielę na dwa. Ale parafrazując dalej i wtrącając dygresję to jest zakochana we mnie, ale nie jest zła. Czasami bywa zawiedziona mą postawą, ale nie jest zła. Jest niezła.

komentarze [14]

**********


księga gości
o mnie
dodaj do ulubionych

2005
lipiec (8)
sierpien (11)
wrzesień (8)
październik (2)
listopad (5)
grudzień (5)

2006
styczeń (3)
luty (4)
marzec (14)
kwiecień (10)
maj (8)
czerwiec (7)
lipiec (6)
sierpien (7)
wrzesień (5)
październik (8)
listopad (6)
grudzień (5)

2007
styczeń (5)
luty (8)
marzec (5)
kwiecień (7)
maj (4)
czerwiec (2)
lipiec (2)
sierpien (2)
wrzesień (1)
grudzień (2)

2008
luty (2)
marzec (1)
kwiecień (2)
maj (1)



sobie czytam
Kamila
Miśka
Karola

tu się udzielam
Chris June na MySpace
Chris June
TMK
TMK na MySpace

trochę o mnie
Tutaj teraz piszę
Tutaj też teraz piszę



lisckochamyciapkamifkawojenny-mlotsad-dariasamel

----
zdjęcie i składanie made by me, myself and I. wykorzystano winyl "Jarocin '88", kasetę MC Kultu pt. "Spokojnie" z 1988, dyskietkę i niewidoczną tu kasetę Pink Floyd pt. "The Wall".
----